RSS
wtorek, 02 marca 2010
wieści

W zeszły czwartek (3. stycznia) nastąpił wyjazd K do szpitala na kolejny zabieg. Właściwie wyjazd "następował" już kilka dni wcześniej, bo Krzysiek wpadł w typową dla siebie histerię przedszpitalną ;)- dzień przed wyjazdem oświadczył nawet, że on nigdzie nie jedzie, niech mu tu, na miejscu, wyciągną te cholerne druty i już niczego nie ruszają. I nie pogadasz. Ja z całym spokojem swym wystosowałam kontroświadczenie, że w takim razie to ja się wyprowadzam do mamusi (ajjj- ciężkie działo), no bo jeśli ktoś ma możliwość zyskania większej sprawności, a z niej nie korzysta, to ja dziękuję. Raanyyy, na szczęście K przestraszył się mojej ewentualnej wyprowadzki i poprzestał na zbieganiu pod klatkę schodową w celu papierosowym, tak mniej więcej raz na pięć minut.

(Nie wiem jakim cudem mój ślubny uwierzył, że trzy miesiące po wyprowadzce z domu rodzinnego w ogóle rozważam powrót ;) ) I oczywiście, z mojej strony to był szantaż, ale zrobiłam to tylko i wyłącznie dla zdrowia Krzyśka. Przez jego szpitalną fobię mogą się przedrzeć tylko naprawdę mocne i nie zawsze racjonalne argumenty, a poza tym wolę, żeby mnie nie lubił, a za to łapkę miał sprawniejszą. Dopóki można coś zrobić, to TRZEBA. Niektórzy bardzo by chcieli mieć taką szansę.

No i Krzysztof pojechał. Na szczęście zabieg odbył się planowo- 4. grudnia. Chirurg tak jakby pogłębił tę błonę między resztką kciuka a miejscem po pozostałych palcach. W ten sposób zwiększyła się ruchomość kciuka. Na tej błonce Krzysiek ma teraz kilka szwów, do zdjęcia w najbliższym czasie. Za cztery tygodnie nastąpi ocena gojenia się itp. itd. i wtedy będzie można powiedzieć co dalej. Druciane łączniki na razie zostały w łapce i podobno ten stan rzeczy utrzyma się aż do całkowitego wygojenia- bardzo ważna jest stabilizacja kości i kosteczek.

Podczas samego pobytu w szpitalu Krzysiek o dziwo trzymał się- jak na niego- bardzo dzielnie! Zwłaszcza już po zabiegu, gdy było wiadomo, że żadne obsuwki nie są możliwe. Szczerze mówiąc, dumna byłam z tego mojego ślubnego. Dumna, bo gdzieś tam w środku ostatecznie zwyciężył rozsądny K. No przecież gdyby się kompletnie zaparł, chwycił szafy itp., to nie zmusiłabym go do wyjazdu żadnym widmem wyprowadzki. Gdzieś tam w środku Krzysiek poczuł, że jest silniejszy od swojego lęku. I dzięki temu dziesiąta operacja w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy- jest już za nim. A łapka będzie sprawniejsza.

Podobno już niewiele przed Krzyśkiem tych wyjazdów do Trzebnicy. W oddali widać metę ;).

Co więcej...moja Mama przeszła na nauczycielską emeryturę. Całe swoje zawodowe życie spędziła w jednej placówce- w domu dziecka, na etacie wychowawczyni. Cholernie ciężka i odpowiedzialna praca, ale Mama była w tym naprawdę dobra.

Koleżanki z pracy oczywiście urządziły imprezę pożegnalną. W dniu imprezy odwiedziła Mamę jej była wychowanka- my z bratem zwracamy się do niej "ciotka", świetna babeczka, no i dwadzieścia lat po wyjściu z domu dziecka utrzymuje kontakt z Mamą. Ciotce udał się czysty żywy cud, tzn. namówiła moją Rodzicielkę na regulację brwi oraz imprezowy makijaż. W połączeniu z eleganckimi ciuchami i butami na obcasach, no normalnie własnej Mamy bym nie poznała ;). W każdym razie, talent "makijażowy" ciotki Gośki jest bezsporny i dlatego namawiamy ją, żeby zrobiła sobie kurs wizażu; będzie miała papierek i zacznie sobie dorabiać do pensji dzięki temu, co robi świetnie i co jej sprawia przyjemność.

Mama wzruszyła się, bo wychowankowie zamówili dla niej Mszę Św. dziękczynną o błogosławieństwo Boże. Na Mszy- o 7. rano- pojawili się byli i obecni podopieczni ( no i jaaa ;) ).Nigdy wcześniej żadna odchodząca wychowawczyni nie dostała takiego prezentu. Ja też, tak jak Mama, uważam, że to piękna sprawa.

No a po tych wszystkich uroczystościach moja Mama stwierdziła, że chce się nauczyć korzystania z komórki i internetu. Ja zostałam nauczycielką ;).

Jutro zaczynam 29. tydzień ciąży. Poza zgagą i coraz ciekawszymi momentami utraty równowagi- wszystko fajnie ;).

07:55, katrinax01
Link Komentarze (2) »
jutro zmiana kodu...

...czyli od jutra trójka z przodu, ale nie chodzi o mój wiek ;). Jutro bowiem Natalka Weronika (ostatnia wersja imienia, wciąż wersja beta ;) ) wkracza w 30. tydzień. A ja się w ten 30. tydzień wtaczam razem z nią.

Pamiętam, jak we wrześniu wydawało mi się, że nie zniosę codziennego i conocnego przeraźliwego bólu; świadomość, że jeszcze sześć i pół miesiąca, była straszna. Dlatego wtedy, a także później, dzieliłam sobie ciążę na malutkie kawałeczki, etapy. I w chwilach, gdy już naprawdę wyłam, mówiłam sobie przez łzy: dotrwaj do piętnastego, dwudziestego, dwudziestego piątego tygodnia. I proszę, jutro początek tygodnia trzydziestego. Zupełnie inaczej znosi się ten ból, to swędzenie, te wiecznie odnawiające się rany, wiedząc, że praktycznie 3/4 ciąży mamy już za sobą.

Ach, dzielne z nas kobitki, Natalko ;).

W piątek byłam u okulistki. Pewnie tak sama z siebie bym nie poszła, ale zmobilizowały mnie znajome ciężarówki z internetu plus moja mama. Ciężarówki- bo większość z nich albo już była sprawdzić sobie wzrok, albo się wybiera. A moja mama- bo gdy przyjechałam do rodziców, stwierdziła, że mam zaczerwienione oczy, i w ogóle, przy moich skokach ciśnienia, a ja taka nerwowa, no muszę to sprawdzić i już. Sprawdziłam, wszystko dobrze. Mam malutką wadę, taką jak przed ciążą; reszta "ocznych" rzeczy też ok. Swoją drogą, rodzicielka mnie nie uprzedziła, że badanie ciśnienia w oku jest takie, hm...mało przyjemne.

Siedzenie przy komputerze staje się coraz bardziej męczące. Wytrzymuję pół godziny rano, pół godziny wieczorem i już mi się nie chce ;). Może to lepiej?

Jeszcze odnośnie oczekiwania na Natalkę (dzidziusiu, jeśli zrobisz numer i okażesz się facetem, to wybacz za to "ukobiecanie" ciebie ;) )- i odnośnie moich skoków ciśnienia. Się poirytowałam na teściową, bo bez żadnego uzgodnienia z nami kupiła nam łóżeczko, a co więcej, powoli zabierała się także do samodzielnego (tzn. bez naszego udziału) kupna wyprawki- ciuszków dla małej, akcesoriów itp. Zrobiło mi się przykro, bo to w końcu wielka radość i przyjemność- kompletować takie rzeczy dla własnego dziecka. Na początku tak się zaperzyłam, że w ogóle nie chciałam przyjąć łóżeczka, no ale po obejrzeniu stwierdziłam, że kupiłabym pewnie podobne. Łóżko jest drewniane, z regulacją wysokości, czyli ok. Obawiałam się starego grata.

Natomiast co do ubranek- teściowa nie wykazywała zrozumienia dla mojej chęci uczestniczenia w kupowaniu i wybieraniu ciuszków. Ciągle podawała argument, że jak oni nam coś kupują, to mamy brać, bo to dla nas oszczędność.

No owszem, jeśli chodzi o łóżeczko, to kasę przeznaczoną na jego zakup zatrzymaliśmy dzięki teściom w kieszeni- i gdy już przeszła mi irytacja (ha- na szczęście niczego nie wygarnęłam teściowej w twarz, czekając z rozmową właśnie na ten moment, gdy już mi przejdzie), podziękowałam im i zapewniłam, że bardzo pomogli. Z ubrankami to jednak zupełnie inna historia, no dziewczyny, rozumiecie mnie chyba? Wybieranie tych małych kaftaników, śpioszków, no jak mogłabym z tego zrezygnować? Zrobiliśmy więc z K lekki przekręt i w sobotę sami wybraliśmy się na zakupy, kupiliśmy większość ubranek, rożek i takie tam- wszystko zgodne z naszym gustem. I nie myliłam się, to były bardzo przyjemne zakupy- mimo że wydaliśmy sporo kasy ("moje DROGIE dziecko", hehe). Następnie wykonaliśmy telefon do teściów, pochwaliliśmy się zakupami i tyle. Teściowa chyba aluzję zrozumiała i spytała konkretnie, czego nam jeszcze brakuje i kiedy poszlibyśmy z nią na wspólne zakupy.

Pewnie niedługo się wybierzemy ;). I problem z głowy. Chyba dobrze wybrnęliśmy?

W tym tygodniu dokonałam też ciekawego odkrycia- dzięki memu bratu młodszemu ;). Otóż- to tajemnica poliszynela, że chrzestnymi będą właśnie mój brat oraz moja szwagrowa (czyli świadkowie z naszego kościelnego ślubu). Moja mama trochę "podpuszczała" brata, pytając, czy już zbiera kasę na komputer dla Natalki na I Komunię ;) (u nas w rodzinie nie daje się tak drogich prezentów i czasem się nabijamy z tych wielkich sum wydawanych przez chrzestnych innych dzieci). A mój brat na to" Jak to, przecież Natalka nawet jeszcze nie żyje, eee, to znaczy, nie żyje oddzielnie, eee, rozumiecie." No i wtedy zrozumiałam, że pewnie większość facetów- tak jak mój brat- uważa dziecko w brzuszku za coś abstrakcyjnego, jakiś niedookreślony byt. I zaczęłam trochę współczuć facetom, że nigdy nie dotkną tej tajemnicy tak wyraźnie, jak my. Cieszę się, że Krzysiek może przynajmniej zobaczyć ruszające się "górki" na moim brzuchu; usłyszeć bijące serduszko; no zawsze to coś.

A teraz o Krzyśku. Wczoraj był na kontroli i zdjęciu szwów. Na razie wszystko wygląda bardzo dobrze. Rany się goją, nawet te głębokie- czyszczone chirurgicznie po zakażeniach- już tak bardzo nie straszą.

A teraz jeszcze raz o Krzyśku. Jutro minie rok od wypadku.

I nawet nie wiecie jak cieszę się z tego, że jutro zapowiada się zwykły, spokojny dzień. Nasza trójka i piękna, zwykła codzienność. Rany, tak o tym marzyłam zaraz po wypadku. I mamy to!

07:54, katrinax01
Link Komentarze (1) »
spokojny tydzień...

...To był taki spokojny, zwyczajny tydzień. Może dlatego troszkę mi się dłużył? Po obiedzie ucinałam sobie drzemkę, budziłam się i co? I nadal 30. tydzień ciąży. Dziś jeszcze też ;).

Co się działo? W piątek znów zrobiliśmy małe zakupy; tym razem ręczniczek z kapturkiem, pieluszki flanelowe, no i jedną ciążową bluzeczkę dla mnie ( w sumie mam całe trzy i więcej posiadać nie zamierzam- zresztą są na tyle uniwersalne, że po ciąży też będą ok)- bo te, które miałam, w szybkim tempie robią się dziwnie krótkie; niedługo wystarczą może do połowy brzucha, a taką ekshibicjonistką to ja nie jestem- przynajmniej nie w zimie. Nowa bluzeczka ma rozmiar 50, ale co tam wielkie numery- najważniejsze, że zasłania co trzeba i daje nawet trochę luzu w kluczowych miejscach ;).

Na szczęście wchodzę jeszcze w zimowy płaszcz. Gdy przestanę wchodzić, chyba będę korzystała z kurtki Krzyśka. Nie chcę kupować płaszcza na dwa miesiące.

Jedna z ważniejszych spraw tego tygodnia- nareszcie udało mi się zarejestrować w Urzędzie Pracy. Nie żebym miała nadzieję na jakieś zatrudnienie (ha- a może się zdziwię? ;) )- chodziło mi o ubezpieczenie zdrowotne. Nie mogłam zarejestrować się wcześniej, bo wymagano ode mnie zaświadczenia z uczelni, że w tym roku nie podjęłam nauki. Och, ach, i w końcu dostałam to zaświadczenie- po zaledwie dwóch miesiącach starań! ;) W każdym razie ulżyło mi, bo miałam już wizję płacenia za pobyt w szpitalu.

A, odnośnie szpitala! Nareszcie zapisałam się do szkoły rodzenia. Pierwsze zajęcia odbędą się 1. lutego, o 17.00 w szpitalu, w którym będę rodziła. Krzysztof, ku memu zaskoczeniu, wykazuje chęć pójścia ze mną- myślałam, że będę musiała go namawiać, a tymczasem gdy tylko odłożyłam słuchawkę telefonu po zapisaniu się, K z czymś w rodzaju ekscytacji spytał "To kiedy idziemy?"...:) :)

Ucieszyłam się :).

U nas za szkołę rodzenia trzeba zapłacić 100 zł, ale dzięki uczestnictwu poznam personel szpitala, pooglądam sobie porodówkę, posłucham, jak wyglądają porody w przypadku tej konkretnej placówki; co trzeba mieć ze sobą, co proponują itp. Będę się czuła pewniej.

Zrobiłam sobie odczyn Coombsa (badanie sprawdzające, czy nie ma konfliktu serologicznego), oczywiście wynik ok, bo nie mógł być inny- i Krzysiek, i ja mamy Rh ujemny, więc żadnego problemu być nie może. Wiadomo jednak- na wszystko trzeba mieć papierek, żeby potem nie kłuli mnie zbytnio w szpitalu ;).

W piątek mam kolejną wizytę u ginekologa, ale to będzie taka rutynowa kontrola, badanko, słuchanie serduszka, ciśnienie, waga, zlecenie kolejnych badań i tyle. Czuję się dobrze, więc nie sądzę, by lekarz wykrył coś niepokojącego.

Natalka polubiła miejsce tuż pod moimi żebrami, z prawej strony. Ostatnio ciągle tam siedzi. Zawsze się zastanawiałam, co czują kobiety, które mówią, że dzidziuś kopie je w żebra. Ha, teraz wiem ;)! Gorzej się oddycha, a chwilami nie można się schylić, bo brzuch się tak jakby "blokuje" w jednej pozycji i nie da się tej pozycji zmienić. Ciekawe doświadczenie, hehe.

Moja Rodzicielka w dalszym ciągu poznaje uroki Internetu. Ostatnio po raz pierwszy poczuła przyciąganie komputera- była bardzo głodna, a mimo to nie wstała, by zrobić sobie coś do jedzenia. Wolała trochę pogłodować przy klawiaturze ;). Ogólnie nauka idzie Mamie bardzo sprawnie.

Właściwie to mój Tata mógłby być jej nauczycielem, ale Mama wybrała mnie- podobno ja mam większą zdolność tłumaczenia, a przede wszystkim nie chichram się, gdy Mamie coś nie wyjdzie ;).

A wiecie, że Wielkanoc już za dwa miesiące? Coś czuję, że dokładnie wtedy wyląduję na porodówce. Albo w Prima Aprilis.

07:54, katrinax01
Link Dodaj komentarz »
bez zmian

Kolejny tydzień upłynął bez większych sensacji.

W piątek byłam u lekarza; wszystko w porządku. Serduszko małej bije aż miło. Ja jestem osiem kilo na plusie, licząc od początku ciąży. A, i nawet chwilowo nie mam infekcji, ale nie łudzę się- wróci.

Po wizycie u lekarza poszliśmy z K na spacerek, no i w trakcie spacerku natknęliśmy się na...tegoż właśnie lekarza ;) Krzysiek chichrał się ze mnie, bo pan doktor pomarudził mi trochę, że nie noszę czapki. No ale ciepło było! Jakieś plus sześć stopni! Nikt czapy nie nosił. Ech. Wiem, no wiem...;)

Następną wizytę mam 22. lutego; muszę znowu zrobić morfologię, badanie moczu itd. itp. No i będzie USG- zobaczymy, czy Natalka to faktycznie Natalka ;).

W poniedziałek odebrałam moją piękną, nową legitymację ubezpieczeniową; wyczekałam się na nią ponad godzinę w dusznym korytarzu urzędu pracy. Na szczęście były miejsca siedzące. Jakoś nie miałam odwagi prosić, żeby ktoś mnie przepuścił bez kolejki- nie czułam się aż tak źle- a w płaszczu moja ciąża nie jest tak bardzo widoczna. No to poczekałam sobie. Nie wzięłam z domu telefonu- no i gdy wracałam, Krzysiek biedulka stał w oknie, ubrany, w pełnej gotowości bojowej- pewnie za pół godziny zacząłby dzwonić do szpitala, czy mnie tam nie widzieli ;). Było mi głupio, że się tak przestraszył. Gdybym wiedziała, że załatwienie legitymacji zajmie mi tyle czasu, wzięłabym z sobą telefon. Teraz już zawsze będę nosić. Niby jeszcze dwa miesiące, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Zastanawiam się, jak długo będzie mi sprzyjała pogoda. Kazdy dzień bez śliskich chodników stanowi dla mnie sporą ulgę.

Co poza tym...Coraz mi ciężej. Znaczy się- fizycznie. Przedwczoraj mała tak grasowała mi zaraz pod skórą, że nawet Krzysiek doznał szoku ;). A, i dziąsła mam słabe. Niby biorę te witaminki. Jem dużo warzyw i owoców, wręcz się nimi zażeram, bo ciągle mam smaka to na pomidorka, to na sałatkę...ale czuję, że dziąsła nie wytrzymają. Zawsze miałam problemy ze szczęką mą cudowną- sporo się nacierpiałam, a i tak nie wszystko udało się zrobić. Teraz- ząbki zdrowe, ale te dziąsła! Zastanawiam się, kiedy zmiękną tak, że wyleci mi pierwszy ząb. Obstawiam górną jedynkę :D :D Przyjmuję zakłady :D :D

Jakimś cudem udaje mi się spać- poduszeczka pod brzuchem na razie ratuje sytuację. Śpię tylko i wyłącznie na boku, bo w pozycji na plecach mam problemy z oddychaniem. Ogólnie jest fajnie, taki trochę hardcore ;). Będzie co wspominać ;). I tak się cieszę, bo nie jestem uziemiona w łóżku. A te kobity dzielne, które prawie całą ciążę przeleżeć muszą...I ciągle w lęku...Podziwiam je.

Pojutrze mamy pierwsze zajęcia w szkole rodzenia. Ciekawe co będzie :). Krzysiek żartuje, że marzy o tym, by było niewielu "facetów towarzyszących"- w ten sposób zostanie rodzynkiem, będzie w centrum uwagi i wszystkie piękne kobiety, przejściowo o bardzo kobiecych i płodnych kształtach, zachwycą się jego rodzicielską postawą. A jak jeszcze któraś spyta, co z jego ręką...Oj, Krzysztof umie to tak opowiedzieć, żeby wyjść na Rocky'ego czy innego Rambo ;).

Bardzo się cieszę. Masz śliczną córeczkę! Wszystkiego dobrego!!!

07:54, katrinax01
Link Dodaj komentarz »
z opóźnieniem

Wybaczcie, blog stracił na regularności, ale hm...z tymi nieprzespanymi nocami to nie żadna kurna metafora ;). Ogólnie wychowywanie niemowlęcia (już nie noworodka- ach!) to niezły wysiłek fizyczny, żeby nie powiedzieć- zapiernicz ;).

Generalnie to czasem zdarza mi się przespać trzy godziny bez przerwy, więc nie jest źle. W dalszym ciągu wszyscy mnie przekonują, iż Natul spokojnym dzieckiem jest. A w dodatku ma długie palce, długie nogi i ogólnie no istna modelka, szkoda, że brzuszek wzdęty (kolki). Ech, no i zrobiły się dziecku pleśniawki w buzi- a już myślałam, że może i ta przypadłość nas ominie, skoro szczęśliwym trafem jak dotąd nie ma ciemieniuchy, a i skóra wciąż nie najgorsza.

Niestety, buzia już zaczęła się "wysypywać" zmianami, prawdopodobnie alergicznymi- ale Natalia nie drapie się wybitnie, czyli- nie swędzi, czyli- nie wchodzimy z silnymi lekami, bo im później, tym lepiej.

Reszta ciałka nie obsypana, nawet nie odparzona (odpukać!).

Byłyśmy na wizycie kontrolnej; położne postraszyły, że mała powinna była nieco więcej przybrać na wadze. Lekarka nie kazała na razie dokarmiać, zobaczymy jak to będzie dalej. Ogólnie pani doktor stwierdziła, że dziecko jest "dobre i sprawne" (brzmiało to trochę jak wypowiedź mechanika) i żadnych powodów do zmartwień nie ma.

Natul rozbudowuje gamę swoich "e" i "łle"- próbuje różnych intonacji i natężeń. A jeśli chodzi o zmysły, to nasze dziecię przechodzi fazę absolutnej fascynacji czerwienią. Aby zahipnotyzować bestię, machamy jej przed oczyma czerwonym pluszowym serduszkiem.

A, no i główkę czasem podnosi, gdy jest na ramieniu mym albo na swym brzuchu- i coraz dłużej utrzymuje ją bez podpórki.

Przy karmieniu jest trochę "łle", ale to przez te pleśniawki. Smarujemy, leczymy i widzimy poprawę.

Ogólnie dziecię z tygodnia na tydzień robi się bardziej interaktywne. Oczywiście, jeszcze nie uśmiecha się DO NAS, ale można już poznać, czy jest w nastroju do zabawy, czy do spania, czy do niczego.

Fotka z wczoraj- przybiera trochę na tej wadze czy nie?

Co do Krzyśka- wszystko poszło dobrze, jutro jedzie ściągnąć szwy, oczywiście wraca w tym samym dniu. I koniec! Koniec! :) :) :)

A teraz coś o moim bracie- w środę w krakowskim Multikinie premiera filmu dokumentalnego, w którym zagrał- debiut aktorski zupełnego nieprofesjonalisty :). I teraz- który to z nich? KLIK :D Brat dostał zaproszenie na premierę i bankiet, i ogólnie spore wrażenia przed nim.

A ja? Ja się wcisnęłam w spodnie sprzed ciąży. W JEDNĄ parę. Inne jeszc ze zbyt wąskie. Tak na dobry początek, nie?

Życzę wszystkim miłego tygodnia!

07:53, katrinax01
Link Dodaj komentarz »
uczę się

Oto pięć najważniejszych rzeczy/czynności/itp., których nauczyłam się w ciągu ostatniej połowy roku:

1. Kompletnie nie odrzuca mnie widok zastrzyków, krwi, ran, nawet tych okropnych. Opatrunki robię bez problemu i coraz lepiej mi wychodzą. Poza tym, uwielbiam poprawiać swoje zdolności w tej dziedzinie. Staram się dowiadywać o nowych rodzajach opatrunków, o nowych sposobach przyspieszania gojenia ran. Pół roku temu to byłoby dla mnie nie do pomyślenia.

2. Przestałam być gąbką-chłonką, tzn. cierpliwie wysłuchiwać wszelkich lamentów niektórych osób, nawet jeśli mam coś innego do zrobienia. A te niektóre osoby to takie odzywające się raz na pół roku lub rzadziej, tylko wtedy, gdy mają jakiś magaproblem w rodzaju "mój Maciek jak wychodził dziś do pracy, nie pocałował mnie w czółko jak zwykle, czy to koniec mojego związku???". Poza tym, przestałam udawać, że słucham, jeśli NIE słucham, a tylko marzę o tym, by wreszcie zająć się czymś konkretnym. I przestałam wciskać ludziom te banały, które mi przekazywano w ciągu tych lat studiów, które zdążyłam zaliczyć.

3. Rozpoczęłam naukę fotografowania przyrody. To fascynujące zajęcie. Zwłaszcza kwiaty...są moim ukochanym obiektem.

4. Nareszcie nauczyłam się sprawnie korzystać z RSS ;) ; choć próby podejmowałam już wcześniej, w końcu znalazłam czytnik, który mi odpowiada.

5. Najważniejsze- nauczyłam się cieszyć drobiazgami, pierdółkami, no nie wiem jak to napisać, żeby nie wyglądało na jeden z banałów. Wydaje mi się, ze pełniej wszystko odbieram. Mocniej. Mocniej kocham, zauważam więcej pozytywnych bodźców. Co nie znaczy, że wypieram wszystkie negatywne zdarzenia. Po prostu troszkę sobie przewartościowałam i uporządkowałam to, co się dzieje i co się może zdarzyć.

Jeśli ktoś ma ochotę pochwalić się swoimi osiągnięciami, to zapraszam :)! Mogą to być osiągnięcia z dowolnej sfery życia :P.

07:52, katrinax01
Link Dodaj komentarz »
już po

Krzysiek miał mi wysłać sygnałka, gdy wróci na salę- i właśnie wysłał, oddzwoniłam do niego. Na razie tylko mi powiedział, że żyje ;)- jeszcze ciężko mu mówić, bo jest po ogólnym znieczuleniu i, jak sam powiedział, ma sparaliżowany mózg ;). W każdym razie wygląda na to, że operacja poszła dobrze. Zadzwonię do niego za dwie godziny, to może dowiem się czegoś więcej, jeśli już będzie się czuł lepiej. Na razie nawet nie wiem, gdzie i co ma przyszyte. Pogadałam z nim tylko chwilę, bo słychać było, że niezbyt ma siłę na konwersacje i jeszcze mu się wszystko plącze.

No, ale ulżyło mi :) :)

Jeśli się dowiem czegoś nowego, to wieczorem wyedytuję notkę.

EDIT: Dzwoniłam do K, już trochę lepiej się czuje, ale nadal nie ma czucia w ręce, dodatkowo ma kroplówę, no i jest jeszcze trochę przymulony. To że go boli to się rozumie samo przez się. Niestety tak to już jest, a K dość ciężko znosi wybudzanie po znieczuleniu. Zadzwonię do niego około 19.00, na razie wszystko idzie w dobrym kierunku.

EDIT 2: Jest coraz lepiej, ale K jest uziemiony w łóżku co najmniej do jutra. Dostaje ketonal, a rozkojarzenie jeszcze nie minęło. Pewnie się utrzyma przez noc. Dziś już go nie będę męczyła :)

07:51, katrinax01
Link Dodaj komentarz »
jutro

Jutro po południu będę miała wyniki testu z krwi i dzięki temu dowiemy się dokładniej, który to tydzień. Z wizytą u lekarza na USG się nie spieszę, jako że dziecina może przebywać w mym brzuszku najwyżej od 26 dni. Prawie nic by nie było widać. Wybiorę się około 10. sierpnia. Może nawet później, zależy co mi jutro pokaże beta.

Dziękuję za wszystkie gratulacje i wszystkie ":D" !

Tym mailowym dziękuję również ;)

K wrócił ze szpitala, rzeczywiście jest w stanie mocno nędznym, trudno mu się poruszać. W sumie to nic dziwnego, ma łapę wszytą do brzucha. Tak jakby brzuch stał się kieszenią- mniej więcej tak to wygląda. Opatrunku na tym w cholerę, codziennie będę go zmieniała, dzisiaj już sobie wszystko obejrzałam :) A jutro się nauczę opatrywania tej dziwnej rany-nie rany.

Za tydzień K ma mieć ściągnięte szwy skórne (znaczy się to, co mu zamontowali na zewnątrz), a wyciągać mu tę łapę z brzucha będą dopiero 6. września. Wraca do Trzebnicy dzień wcześniej.

Naprawdę bidulek z tą łapą, nawet nie wiadomo czy będzie w stanie założyć jakiekolwiek dżinsy i ubrać swoje ulubione koszulki. No nic, musimy jakoś przeczekać. Kilka dni w domu na lepszym jedzeniu i wygodniejszym łóżku i powinno być choć trochę lżej.

Heh, ciekawe mam te pierwsze tygodnie ciąży :D Będzie co wspominać :D :D

A, dolegliwości zbytnich nie mam. Jedyne co mnie wnerwia to bolący biust. Szczerze to nie sądziłam, że może tak boleć. No, ale poboli, a potem przestaje i jest ok.

PS To, co czuję, to nie jest bezgraniczna radość. To są wszystkie emocje świata. Całe continuum. Niesamowite.

EDIT z dn. 31.07. Wyniki wskazują na 4. lub 5. tydzień- a ponieważ jest fizycznie niemożliwe, by był to 5., więc- jestem w końcówce czwartego tygodnia od zapłodnienia ;).

07:51, katrinax01
Link Dodaj komentarz »
pestka

To opatrywanie okazało się dla mnie pestką. Nie ma problemu. Musimy jeszcze tylko kupić wodę utlenioną w sprayu, bo taka zwykła średnio się sprawdza, ciężko się z nią dostać do niektórych miejsc na zszyciu.

Szczerze mówiąc, myślałam, że pójdzie mi z tym gorzej, że rana będzie trudniejsza, że będzie się otwierała w paru miejscach i zdejmowanie starych gazików sprawi K ból. A tu nawet nie, może jedno, dwa małe miejsca problematyczne, ale w porównaniu z raną na udzie K, po tym jak pobierano mu skórę do przeszczepu- to naprawdę NIEBO. Tam jakoś bardziej się to wszystko jadziło. I jeszcze te żelki trzeba było przykładać, kombinować z gazikami, plastrami.

Hm, a może po prostu nabrałam wprawy?

Co do samopoczucia K- szpital bardzo źle na niego wpłynął, ale nie z powodu złej opieki. K ma jakiś uraz do szpitali, a poza tym ostatnio niezbyt dobrze znosi moją nieobecność. Wrócił do mnie z nasilonymi objawami, które towarzyszą mu od dnia wypadku...Teraz kompletny brak koncentracji, przerzutność uwagi, no i te tiki nerwowe. Ech. To jest takie uczucie, jakby się pracowało nad czymś przez ponad pół roku, ale nie mogło nadzorować przez jeden jedyny tydzień, i ten tydzień niszczy wszystko co się udało poprawić. Oh well. Daliśmy sobie z tym radę raz, damy i drugi.

Co do mnie, to chyba zaczynam rozumieć, o co chodziło koleżance w ciąży, gdy mówiła, że ją "odrzuca od jedzenia". Może nie samo jedzenie, ale te ZAPACHY jedzenia mnie odrzucają. Zaczęło się jakieś trzy dni temu, ale tak pomalutku. A dzisiaj to już na maksa. Zmuszam się, żeby jeść. Dziś łaziłam pół godziny po sklepie i szukałam czegoś, co przełknę bez wstrętu i odruchu wymiotnego (nie wymiotuję; na razie tylko mam wrażenie, że zaraz zacznę). Na szczęście znalazłam.

No i to tyle z newsów :)

Jak to dobrze, że jest RSS. Czytam was wszystkich i nie muszę poświęcać na to kilku godzin dziennie ;)

EDIT: Niewdzięczna baba zapomniała wspomnieć, że dostała wczoraj od swego męża wielki bukiet kwiatów :) co prawda trzeba było zasugerować małżonkowi, że taka okazja się zbyt często nie zdarza :D ale się spisał...przydźwigał z tym swoim przeszytym "łapkobrzuchem" ten bukiet...równocześnie dźwigając inne zakupy. Jak to zrobił? Magicznie chyba.

07:51, katrinax01
Link Dodaj komentarz »
wczorajsza wizyta

Byłam wczoraj u gina, wyznaczył mi termin na 3. kwietnia ;) Śmiałam się, że dobrze iż nie w prima aprilis ;)

Zastanawiałam się czy jest sens tak wcześnie zmierzać do lekarza, ale z drugiej strony nerwy mnie zaczynały nosić ;) K, widząc to, zwyczajnie wyciągnął telefon i umówił mnie na wizytę, na następny dzień. Co najlepsze, w tym dniu mój gin nie przyjmuje,przyjechał chyba specjalnie dla mnie :)

Potwierdził ciążę. Na USG jeszcze nie widać serduszka, za to widać naszą Kropeczkę i chyba nawet główkę ;) Co najlepsze, za pierwszym razem drukarka się "obraziła" i nie chciała nam wydać fotki, ale lekarz stwierdził, że w takim razie powtórzymy badanie, bo takiego zdjęcia to sobie nie podarujemy ;). Badanie zostało powtórzone i to drugie ujęcie było lepsze niż pierwsze.

Ostatecznie dostałam na wydruku dwie fotki, jedną trochę bardziej przybliżoną. Dobrze że dwie, bo K od razu zaczął się domagać jednej do swego portfela.

Ach, ależ wczoraj spanikowałam przy opatrywaniu K! Aż wstyd. Zauważyłam, że jeden ze szwów wbija się K w resztkę kciuka. W dodatku ranka przy tym szwie nie wyglądała ciekawie, a K stwierdził, że to miejsce go boli. Nie wiem co mi się pomyliło, w każdym razie kazałam K natychmiast jechać do szpitala (na szczęście niedaleko) i sprawdzić to, bo "ten szew na pewno nie powinien być tak wbity".

. Oczywiście w szpitalu okazało się, że i owszem, powinien być wbity, i wbity być MUSI, i był tak wbity od początku. Nie wiem czemu mi się tak pomyliło :/ Jestem przewrażliwiona i tyle. K mnie pociesza, że przynajmniej wiemy na pewno, iż z raną nie dzieje się nic złego. Ehh, ależ mi głupio, żeby tak męża po szpitalach przeganiać! Narzekam, że K taki roztrzepany, a ja? Już ładnych parę dni go opatruję, a mimo to taki niewypał ;)

W dalszym ciągu nie mam kompletnie ochoty na jedzenie. Ach, gdyby tak było przed ciążą...:D :D A teraz- trzeba się zmuszać :)

07:51, katrinax01
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Archiwum