Pozwól sobie na radość co najmniej tak często, jak na smutek. Doświadczaj.
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
Alter ego

RSS
środa, 18 listopada 2009

Natalia.

Za 10 dni skończy 20 miesięcy.

Mało mówi; właściwie tylko kilka słów plus odgłosy wszelkich zwierzątek i pojazdów; dysponuje jednak tym długo wyczekiwanym "mama". Swoją drogą to rzeczywiście niesamowite. Tzn. gdy się to usłyszy od dziecka, i wiesz, że ona to mówi z pełnym zrozumieniem, i tylko do ciebie, bo tylko ty jesteś "mama". Nawet jeśli "mama" jest używane wyłącznie wtedy, gdy zajdzie potrzeba wyciągnięcia czegoś spod wersalki lub wykonania jakiejś bardziej skomplikowanej operacji przy wyposażonym w małe głośniczki- jeden z moich najbardziej trafionych zakupów dla dziecka- odtwarzaczu mp3 (prostą operację, tzn. zmianę piosenki na poprzednią, i jeszcze poprzednią, i jeszcze, i znów, dziecię wykonuje samo).

Niechęć do słów Natalia rekompensuje miłością do gestów.

Rozumie dużo, chwilami nawet ZBYT dużo. I to "dużo" zwiększa się każdego dnia. Chwilami bywa to nieco zabawne lub wręcz kłopotliwe. Już od dawna nie wypowiadam zdań typu "zjadłabym sobie kanapkę z ogórkiem", gdyż dziecię od razu- w te pędy do kuchni, zatrzymuje się przed miejscem, w którym leżą ogórki (na szczęście chwilowo dziecię jeszcze nie dostaje do nich łapką), po czym ŻĄDA. Nawet jeśli 5 minut temu zostało nakarmione obiadem i kiwało głową, że już więcej nie chce, uciekając następnie jak najdalej od talerza. No, ale skoro MAMA będzie jadła ogórka, to czemu by nie skorzystać?

Inny przykład? Jest godzina 15. Mówię coś w stylu "Gdy będę dziś wieczorem kąpać Małą, muszę obejrzeć jej skórę pod kolanami". Co robi Tuśka? Biegnie pod drzwi łazienki i ŻĄDA kąpieli, poklepując się przy okazji (z dość podejrzliwą miną) po kolanach.

Nawet nie umiałabym wymienić wszystkich tego typu sytuacji; zdarzają się wiele razy dziennie.

Naśladuje mnie totalnie i często chce robić to, co ja.

Ja idę sikać- Tusia włazi mi w toalecie na kolana i postękuje, przekonując mnie, że ona właśnie też w tej chwili sika.

Robię sobie herbatę i wchodzę do pokoju- Tuśka natychmiast chce pić (niestety ciągle z butelki, ale wierzę, że w końcu kiedyś się przekona do kubeczka; smoczek- uspokajacz już odstawiony zupełnie, Tuśka została przekonana, iż poszedł do malutkiego dzidziusia, więc jestem dobrej myśli)

Zabieram się do czytania gazety- Tuśka "przypomina sobie", że też chciałaby pooglądać akurat TĘ gazetę, tę samą, która wcześniej leżała sobie nietknięta tuż przed jej nosem.

I tym podobne... ;)

Najlepsza jest zabawa w miny. Ja udaję, że się gniewam- Tuśka udaje, że się gniewa. Ja się śmieję- Tuśka się śmieje.

Za to gdy gniewam się naprawdę- i stanowczym tonem mówię jej "Natalia, NIE WOLNO!!!" (ostatnio np. wtedy, gdy próbowała zmienić kolor tapety przy pomocy zielonej kredki), Natalia podbiega do mnie, łapie mnie za wybraną część ciała i całuje z głośnym "muaaaa". Ja oczywiście się uśmiecham, ona stwierdza mocą swego umysłu, że chyba już w porządku, i znowu łapie za kredkę, i tak kilka razy. Dobrze wie, skubana, jak mnie rozbroić.

W domu- odkrywa wszystko, wszystko jest jej, mała badaczka; kto raz zobaczył minę dziecka robiącego coś po raz pierwszy; odkrywającego łańcuch przyczynowo- skutkowy- ten nigdy jej nie zapomni; pełne skupienie, wysunięta górna warga, całkowite odcięcie od reszty świata. I poznaje, doświadcza.

Na zewnątrz, w stosunku do innych- totalna ucieczka. Nie chce. Boi się, wymiotuje. Daję jej czas i, wbrew niektórym poradom, nie zmuszam. Nie potrafię jej zmuszać, wiedząc, że płacze ze strachu, a nie ze złości. Staram się, by podchodziły do niej tylko małe dzieci, bo ich się nie boi.

Boi się jeździć w wózku- już od bardzo, bardzo dawna- OK, noszę ją, i chrzanię komentarze w stylu "a niech ją pani wsadzi do wózka, niech ryczy, w końcu się przyzwyczai"- babo, zanim następnym razem rzucisz taki tekst, wsadzę cię do windy, którą od zawsze bałaś się jeździć (tu można wstawić inny przedmiot fobii) i zostawię na kilka godzin- przyzwyczaisz się!

Ja w wieku Natalii zachowywałam się podobnie, więc pewnie- nie ma jak geny.

Fakt, wnerwia mnie czasem nieziemsko. A raczej- wnerwia mnie mój brak fizycznej wytrzymałości. Czasem ciężko jest mi ją nosić tak długo, jak ona tego potrzebuje; tańczyć z nią, biegać w kółko. No i do tego, jak sądzę, Natalia wchodzi w fazę totalnego "NIE". Wchodzi pomalutku, ale- już się zaczęło.  Zmarszczone brwi, znaczące "Hm!"- i ucieczka albo wrzask pełen oburzenia, bo mama akurat chciałą zrobić coś tak niestosownego jak zmiana pieluszki, podanie śniadania, ustawienie klocków nie w tym miejscu, co trzeba; chyba wszystkie Mamy to znają?

Kocham ją.  Im dłużej piszę o wnerwianiu, tym bardziej śmieszą mnie te jej gniewne miny, ten dziecięcy upór; to wszystko wydaje się takie Nataliowe, takie nasze, takie podobne do mnie.

Uwielbiam patrzeć, jak się bawi. Półtora roku temu nie wierzyłam, że nadejdzie moment, w którym moje dziecko będzie umiało SAMO się bawić, co więcej- SAMO wymyślić sobie zabawę z wykorzystaniem swoich ulubionych przyczepianych klocków, układanek typu "zmień misiowi ubranko"... To było nierealne, niemożliwe, a tak w ogóle to ona nigdy nie nauczy się trzymać główki, siedzieć, stać, raczkować, chodzić, zawsze będzie tak sobie tylko leżała zawinięta w rożek... Nieprawdaż?

Hm... CHODZI faktycznie rzadko- częściej biega. Albo próbuje skakać. Albo chodzi, owszem, ale- popisując się; tzn. na paluszkach, albo wykonując coś w rodzaju tańca. Wszystko zależy od tego, ilu domowników akurat na nią patrzy; jeśli rodzina w komplecie, Natalia- w swoim żywiole.

Cieszę się, bo chętnie sięga po książeczki; czasem bywa, że jestem lekko znużona ciągłym omawianiem tego, co akurat wskazał na obrazku Natulkowy paluszek. Weź się, kobieto, naucz mówić, a najlepiej to i czytać! W dwóch językach, o!

I zdaj maturę.

 

 

 

20:29, getpink
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 listopada 2009

... Czyli standardowe sprawozdanie z obrony.

Problem 1: Co wręczyć Szanownej Komisji w ramach prezentu?

Wiedziałam, że alkohol odpada (niektórzy wykładowcy uważają, że to niezręczne- przyjmować butelczyny od studentów). Wiedziałam, że cięte kwiatki odpadają (zbyt długa trasa do pokonania). Zdecydowałam się na piękne, delikatne kompozycje z żywych kwiatów i dodatków, wstawione w ozdobne, szklane naczynia wypełnione jakimś tam cud- żelem. Problem 1- rozwiązany.

Problem 2: Jak dotrzeć na obronę?

Nie uśmiechała mi się jazda PKS-em (ani busem- matko, nieee!), gdyż w stanie paniki przejawiam ciekawe reakcje ze strony układu pokarmowego. Poprosiłam kuzyna o podwiezienie. Problem 2- rozwiązany.

Problem 3: Pogoda.

Na kilka dni przed obroną dowiedziałam się, iż 14.10. przewidywane jest nadejście zimy, łącznie z atrakcjami typu śnieg. Problemu 3, niestety, nie dałam rady rozwiązać bezpośrednio- zaklinania pogody uczą dopiero na podyplomowych- ale mogłam popełnić swego rodzaju przystosowanie, zamieniając piękne, specjalnie zakupione skórzane pantofelki (gustowna kokardka w przedniej części) na megakozaki, w których swego czasu kroczyłam do ślubu. Szpilki w kozakach to jakieś 10 cm. Nieźle się te buty komponowały na ślubie jako uzupełnienie krakowskiego stroju ludowego. To dużo mówi o ich wyglądzie ogólnym. Kompozycje kwiatowe, otoczone efektownie wystylizowanym i upiętym przez florystkę celofanem, zostały wpakowane do zakupowych siat w kratę. Problem 3: rozwiązany pośrednio.

Problem 4, a właściwie metaproblem w stosunku do poprzednich: w jaki sposób nauczyć się materiału z 5 lat, mając do dyspozycji godzinę dziennie (tyle sypia Natalia) oraz, ewentualnie, noc? Odpowiedź brzmi: w sposób bardzo trudny. Problem 4 uznano za rozwiązany (przy czym  uznanie to nastąpiło dopiero po obronie).

Problem 5: Ćwiczenie na wyobraźnię. Jesteś studentką V roku psychologii stosowanej. Zmierzasz na obronę pracy magisterskiej. Jest zwykła, zimowa, październikowa zawieja ze śniegiem. W obu ręcach taszczysz siaty z kwiotkami. Poruszasz się w 10-centymetrowych szpilkach po mokrym śniegu. Otwierasz drzwi uczelnianego budynku, a pani sprzątająca informuje cię, iż nie może cię wpuścic na Twoją obronę, gdyż budynek jest zamknięty dla studentów z powodu uroczystego Senatu UJ. Co robisz?

a. Panikujesz. Może ktoś coś zrobi, albo przynajmniej kupi ci batona.

b. Panikujesz, po czym bierzesz głęboki oddech i wracasz do domu, mrucząc "Jak nie, to nie. Full relaks. Full relaks. Najważniejsze jest moje zdrowie psychiczne".

c. Panikujesz,  po czym wydobywasz z siebie coś w rodzaju "proooszęęęę", wspomagając się wielkimi oczyma wzorowanymi na mistrzu gatunku- kocie ze "Shreka".

Problem 5- rozwiązany dzięki wybraniu opcji c (i po poważnym rozważeniu pozostałych dwóch możliwości).

Problem 6: Jak by tu PO RAZ OSTATNI przeczytać magisterkę, tak tylko, no wiecie, dla pewności, gdy została godzina do obrony, a na korytarzu widzisz zbliżającą się, dawno nie widzianą koleżankę?Problem 6 nie został rozwiązany, ponieważ zbliżyła się dawno nie widziana koleżanka, i oczywiście to wszystko JEJ wina, a nie mojego gadulstwa!

Problem 7: Jak się obronić, gdy nie przyszła recenzentka?

Problem 7 został rozwiązany. Częściowo dzięki sekretarce, która zadzwoniła do recenzentki i zapisała pytanie, które miało paść na obronie; częściowo zaś dzięki samej recenzentce, która jednak się zjawiła- 5 minut przed zakonczeniem mojej uroczej pogawędki z Komisją- po czym zadała pytanie, ja powiedziałam 3 zdania, a ona stwierdziła, że trafiłam w samo sedno i niczego więcej nie trzeba.

Problem 8: W jakiej kolejności wręczać członkom Komisji (przewodniczący- mężczyzna, plus recenzentka, plus, naturalnie, promotorka) cudne kompozycje kwiatowe? Rozwiązałam problem 8., najpierw dając upominek recenzentce (najstarsza stopniem naukowym), potem przewodniczącemu; tu pojawiło się jego stwierdzenie, że powinnam była teraz podejść do promotorki, ale odparowałam, stwierdzając, że ją zostawiam sobie na koniec, bo jest szczególna. I- jak by to ujął skrzat Gordon (oglądajcie w Mini Mini, około 9.25, codziennie ;) )- wszyscy byli bardzo, bardzo zadowoleni.

Problem 9: W jaki sposób wyrazić wdzięczność wobec mojej promotorki?

Właściwie ten problem rozwiązałam już wcześniej- do kwiatów dołączyłam kilka bardzo osobistych słów, spisanych na okolicznościowej kartce; takie moje wielkie THANK YOU; i chyba dobrze rozwiązałam problem 9, bo kilka minut po obronie moja promotorka podeszła do mnie i podziękowała za to, co napisałam.

Problem 10: Też związany z wdzięcznością. Tym razem wobec Małgosi, która mimo licznych zajęć i malutkiej wnusi zjawiła się, żeby mnie wspierać, przytulić, pogratulować i wypić kawę. I wręczyć mi serduszko oraz, co nawet cenniejsze, twórczość własną w postaci wierszyka ;)! Nigdy nie będę w stanie odwdzięczyć się za Twoją obecność w tamtym miejscu i czasie, Małgosiu. Problem pozostanie nierozwiązany.

Problem 10a. : A gdzie baloniki, tłumy fanów, transparenty z gratulacjami? Moja koleżanka z roku ma nawet zdjęcie pod stosownym transparentem!! Czuję się taka zaniedbana! ;)

Problem 11: I co dalej? Jak to wszystko będzie? I czy ja naprawdę jestem psychologiem? Wcale nie czuję się jak psycholog. Psycholog to ktoś taki, no, wiecie... (Jeśli w tym miejscu pomyśleliście "szurnięty", to miło, ale chodziło mi raczej o "mądry, pewny siebie" ;)).

Nie wiem, czy uda mi się rozwiązać problem 11. Pewnie tak ;)!

 

Jest jeszcze problem 12., który rozwiązuję w tej chwili: DZIĘKUJĘ WAM!!! Za to, że wierzyliście. Dodawaliście sił. Niektórzy,a  raczej niektóre z Was, były tu ze mną już wtedy, gdy przeżywałam z K jego wypadek. Nie sądziłam wtedy, że uda mi się wrócić na studia- a Wy wiedziałyście, że tak właśnie będzie; że mi się uda.

I się udało. I fajnie :)!!!

 

 

19:37, getpink
Link Komentarze (16) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 191